• Wpisów:113
  • Średnio co: 15 dni
  • Ostatni wpis:2 lata temu, 11:23
  • Licznik odwiedzin:25 541 / 1752 dni
Jesteś niezalogowany. Niektóre wpisy dostępne są tylko dla znajomych.
 
Drodzy czytelnicy!
Wracam po 120 dniach. Nie napisałam nic od początku tego roku. Jak już chciałam coś pisać to pomyślałam, że nie ma to sensu, skoro czytają to tylko nieliczni. Tak więc zawieszam prowadzenie tego bloga na czas nieokreślony.
Karaliene ♥
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›
 

 
Do śnieżnobiałego pokoju, w którym na każdym kroku było czuć środkami do sterylizacji, wpadało bladożółte światło, które nadało pomieszczeniu świeżości. Matka usiadła na również białym krzesełku i ujęła jego bladą i chudą dłoń. Wbiła wzrok w zmęczone oczy chłopaka i głośno westchnęła, jakby wiedziała o czym teraz chce porozmawiać. Jednym ruchem ręki wyprosiła pielęgniarkę z pokoju, a ona wyszła i zajęła się swoimi sprawami.
Ethan wiedział co chce powiedzieć i mimo złych słów ciążących w jego obolałej krtani, nie puścił dłoni przybranej matki alkoholiczki. Zamiast tego otworzył usta i słowa dosłownie wyleciały na zewnątrz.
-Opowiedz mi o tym obrazie w pokoju, na którym jesteś i trzymasz płótno z pewnym nazwiskiem. Tak się składa, że nie jaki Henryk Össterich do mnie napisał i prosił o przybycie na bal przebierańców. Prawda, że to jakiś żart?
Mocniej ścisnęła jego dłoń, ale nie odpowiedziała od razu, zupełnie jakby najpierw analizowała każde jego słowo i dopierała do swojej wypowiedzi.
-To nie jest temat na tą chwilę.
-Jest! – wykrzyczał i poczuł ból w gardle.
-No niby jaki?! Że całe twoje życie to kłamstwo i że ja musiałam się opiekować bachorem swojego byłego! – na ich dłoniach pobielały kostki.
Ethan zaniemówił i pozwolił opowiedzieć wszystko ciotce.
-Wiesz, że nie jesteś moim biologicznym dzieckiem i nigdy cię nie kochałam. Kiedy chodziłam z Henrykiem, czyli twoim ojcem, byłam przeszczęśliwa, dopóki nie poznał twojej mamy i mojej siostry – Lilianny. Zdradził mnie z nią i nawet nie przyszłam na ich ślub, ale zgodziłam się zostać twoją matką chrzestną ale w życiu bym nie przypuszczała, że to wykorzystają. – powiedziała i następnie dodała najcichszym szeptem jaki chłopak w życiu słyszał – Oni żyją, Ethan. Żyją. Niedługo do nich dołączysz.
Ostatnie co pamiętał to pstryknięcie palcami, które go omamiło.
Kilka dni później został wypisany ze szpitala i pod samymi drzwiami czekała na niego Matylda. Uśmiechnął się i natychmiast zbladł bo ktoś za nią stał. Rudolf. Opierali się o ciemny samochód i chłopak podejrzewał, że nie przyjechali sami. Pragnął zawrócić, ale jego męska duma, która momentalnie wzrosła w szpitalu, nie pozwoliła mu na to. Ciągnąc walizkę zapragnął bardzo z nimi porozmawiać. Chłopak trzymał swoją dużą dłoń, która przypominała bochen chleba, na małym ramieniu dziewczyny. Zjechał niżej i złapał ją za dłoń. Spletli palce i Matylda nie miała najmniejszego oporu. Poczuł się jakby ktoś złapał go za serce i mocno ścisnął. Gdyby był bohaterem w kultowym filmie na miarę Hollywoodu, rzuciłby walizką o ziemie i ruszył skopać tyłek Rudolfowi. Tylko, że Ethan nie siły i odwagi by walczyć.
Był tak bardzo przejęty tym co wyrabia Matylda, że nie zauważył jak otwierają się drzwi samochodu o który się opierali. Kilku ubranych w dresy chłopaków wyszło z pojazdu i z uśmiechem na twarzy dzierżyli w dłoniach kije bejsbolowe.
Uciekaj, uciekaj! – zawołała mała poczwarka w piersi.
„Cicho!” – pomyślał Ethan.
Zaraz cię zabiją! Już nie lubię tej Matyldy! Uciekaj! Słyszysz, uciekaj! –piszczała.
Zbiry podeszli coraz bliżej i chłopak poczuł obawę przed nimi. Chciał uciec i schować się do tej walizki, którą trzymał w śliskiej już dłoni. Oddychał miarowo ale płytko, przez co czuł się jeszcze bardziej wystraszony niż przypuszczał.
-Chodź, porozmawiaj z nami! Matylda chce ci coś powiedzieć – zawołał Rudolf, na co reszta grupy się zaśmiała.
Nawet dziewczyna.
Życie ci nie miłe? WIEJ! – poczwara walczyła o jego życie bardziej niż on sam.
-Wredny pasożyt – wydukał pod nosem blondyn.
-Mówiłeś coś?!
Rudolf uniósł jedną ciemną brew. Skinął głową i dresiarze ruszyli w jego stronę.
  • awatar książkocholiczka123: Mega blog <3
  • awatar Will Give You My Heart ♥: Nie wiem jakim cudem ominęłam ten rozdział :o Cooo! Jego rodzice ŻYJĄ?! o.o A ja polubiłam tą Matyldę. Wredna larwa -.- Cholerny Rudolf i jego banda. Biedny Ethan ;_; Moim zdaniem wspaniale piszesz i jest to kolejny fantastyczny rozdział :) Z ogromną niecierpliwością czekam na kolejny(o którym proszę byś mnie powiadomiła ;3) Życzę weny! :*
  • awatar Camp Half Blood ~ książkowa maniaczka: Świetne, śwwietne! Pisz, pisz i jeszcze raz pisz!
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (11) ›
 

 
-Przestań udawać. Powiedz co masz – Rudolf coraz bardziej nerwowo kręcił się na szpitalnym krześle.
-To chyba jakiś żart – szepnął Ethan.
-Co tam mówisz? Gdzie masz tą kartkę? – spytał chłopak mierząc dłonie towarzysza, podenerwowanym wzrokiem.
-Tu! – pomachał mu przed oczami.
-Co?! Nie rób sobie jaj. Tu nic nie ma! – wykrzyczał wstając.
Zachowywał się jakby nic nie widział. Przynajmniej nie widział kartki od Henryka Össtericha, niejakiego króla, który urządza bal i Ethan jest jednym z najbardziej oczekiwanych gości.
Chodził po pokoju lekko zgarbiony i zaczął gwałtownie otwierać wszystkie szuflady jakie były w tym pokoju. Nagle do akcji wkroczyła pielęgniarka z długim blond warkoczem. Trzasnęła drzwiami, które odbiły się od białej ściany i popędziła do łóża chorego. Zmierzyła wzrokiem muskularnego chłopaka i donoście zawołała:
-Panowie, już czas! – głos odbił się echem i przez chwilę Ethan pomyślał, że znalazł się na planie filmowym jakiegoś filmu psychologicznego.
Rudolf nadal krążył jak sęp i był coraz bardziej zdenerwowany, ale jakby nie zauważał pielęgniarki i potwornego hałasu jaki wydaje. Ku zdziwieniu na korytarzu panowała niespotykana cisza.
Dopóki do pokoju nie wkroczyli dwaj uzbrojeni mężczyźni. Byli ciemnej karnacji i ubrani cali na czarno, przy paskach u bioder zwisały dwa pistolety. Na plecach mieli przewieszony czarne prostokątne, podłużne pudełko. Kiedy oślepiło go odbijające się światło domyślił się, że to miecz. Tylko miecz w tych czasach?
Rudolf nadal zdawał się nie zauważać ich obecności i w pocie czoła szukał kartki jaką Ethan miał w dłoni. Jeszcze raz na nią spojrzał, ale nie zobaczył nic nowego. Uszczypnął się. Nie, to jednak nie sen.
Blondynka w uniformie pielęgniarek, tak naprawdę nią nie była. Złapała ramię chłopaka i rzekła melodyjnym głosem:
-Już więcej nie będzie cię niepokoił – skinęła głową w stronę ciemnoskórych mężczyzn.
Podeszli do Rudolfa i złapali za ręce. Wyglądało to tak, jakby ćwiczyli to od dawna i mieli to dopracowane. Każdy ich krok był równy w zgrany z krokiem towarzysza. Rudolf to muskularny chłopak, ale nawet on nie dał im rady. Kiedy ciągnęli go w stronę wyjścia, zawołał:
-Jezu kto mnie ciągnie?! Ethan dorwę cie! Rozumiesz! Zatłukę! Popamiętasz! Puśćcie mnie, zaraz wam dokopię. Zoo… - jego głos cichł i nastąpiła cisza.
-Co to ma wszystko znaczyć?! – wykrzyczał Ethan zrywając się z łóżka, nadal odczuwał ból w krtani, lecz nie taki mocny jak uprzednio.
-Musimy chronić księcia – odparła pielęgniarka, kierując się w stronę drzwi.
-Księcia? To tak teraz się mówi na pacjentów?! –wstał i schował kartkę do fioletowej koperty z dziwnym herbem i napisem Össterich.’
Minęło kilka chwil, ale chłopak nadal myślał o zaistniałej sytuacji. Jak to możliwe, że nagle do pokoju wchodzą dwaj czarnoskórzy mężczyźni i wynoszą jego oprawcę? A co się będziesz rozczulał. Bardzo dobrze zrobili, w końcu zabrali ci go sprzed oczu i masz spokój. Za bardzo drążysz temat – od dawna uśpiona poczwara w końcu się ożywiła.
Deszcz bębnił o szybę i słychać było co jakiś czas uderzenia piorunów, które wyrywały Ethana z i tak płytkiego snu. Pragnął usnąć, uwolnić się z koszmarów tego dnia, lecz nie mógł. Sama pogoda była tylko jednym z czynników, najgorszą przyczyną był sam mózg. To on kazał rozpamiętywać i analizować każdy szczegół, więc nie skupiał się na próbie zaśnięcia. Z każdym oddechem czuł jak pali się jego krtani, lecz i tak czuł się lepiej niż na początku.
Ktoś wyrwał go z snu, którego tak bardzo pragnął. Szeroko otworzył oczy i zobaczył pielęgniarkę, której ramię było owinięte blond warkoczem. Była zdezorientowana, ale lekko schyliła głowę i wtedy zobaczył swoją mamę. Oczywiście wiece jaką mamę, bo biologicznej nigdy nie znał.
-------------------------------------------
Trochę mnie nie było ! :C
Przepraszam.
Do napisania
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (7) ›
 

 
Kiedy był mały, uwielbiał skakać przed niskie płotki. Taki berbeć często rozdzierał sobie spodnie i wracał posiniaczony, pełny we krwi czy nawet ze złamanymi kośćmi. Niestety nikt nie cerował mu spodni, obmywał ran wodą utlenioną i następnie chuchał. Nie rozumiał, dlaczego jego mama codziennie pije do obiadów kieliszki przezroczystego płynu i staje się po nich otępiała lub agresywna.
Kiedyś mieli rodzinę. Miał. Rodzinę. Poprawka.
Miał ojca, który go zostawił. Miał matkę, która zginęła. Teraz ma ciotkę alkoholiczkę, którą nazywa mamą, bo to jednak ona go przygarnęła i wychowała. Wiele razy starał się zapytać, dlaczego go nie oddała, dlaczego zaczęła pić, dlaczego tak bardzo nienawidziła swojej siostry matki – ojca Ethana.
Pewnego razu, kiedy skakał przez znany już płotek zaczepił nogawką o druty. Rozdarł spodnie i wylądował jak długi na ziemi. Wtedy wszystkie dzieci zaczęły się śmiać, lecz po kilku chwilach, gdy nogawka zaczęła nasiąkać krwią, pragnęły zawołać kogoś dorosłego, ale tylko menele siedzieli pod monopolowym.
Teraz tak jak tutaj, w szpitalu, czuł się osłabiony, upokorzony i bezsilny. Patrząc z perspektywy czasu, dziwił się, że w ogóle żyje.
Nazajutrz odwiedziła go najmniej spodziewana osoba.
Do sali wkroczył wieki chłopak, o barczystych ramionach i długich, kręconych jak sprężynki, czarnych włosach, przypominający mop. Ciężkie, toporne buty zostawiały ciemne ślady na śnieżnobiałej podłodze. Szybko oparł się na łokciach i rozejrzał czy nie ma czegoś do obrony pod ręką. Niestety była tylko mała lampka na szafeczce i to wszystko, nie licząc jabłka i butelki wody przyniesionej przez Matyldę.
Rudolf był sam. Czyżby przyszedł z własnej woli? Niewątpliwe, choć mało prawdopodobne.
Nie odezwał się, tylko przysunął krzesełko i usiadł obok łóżka. Ethan nadal nie mógł się nadziwić. Gdy tylko Rudolf wstał, by wyjąc coś z kieszeni, chłopak w panice ledwo zawołał:
-Siostro! – lecz gardło przeszył ból.
Młoda dziewczyna o długim blond warkoczu, wbiegła do sali i zatrzymała się w progu opierając o białą futrynę. Była zdezorientowana, wlepiała wzrok w barczystego chłopaka, jak w wiadomość o zagładzie Ziemi.
-Przyszedłem tylko odwiedzić kolegę – zasugerował i nagle w jego dłoni znalazł się mały zwinięty papier – Widzi pani, list tutaj mam – dodał siadając i tym samym wypraszając pielęgniarkę.
-Czego chcesz? – szepnął Ethan w obawie o swoje zdrowie, a nawet życie.
-Tutaj jest list, od nie jakiego Henryka Össtericha. Przyszedł do szkoły, nie było ciebie dzisiaj, więc dostałem przekazanie tego jako zadość uczynienie tego co ci zrobiłem – odparł, mówił szybko i wyraźnie, jakby wypowiadane słowa sprawiały mu ból.
Podał mu fioletowy kwitek papieru z dziwnym herbem po lewej stronie i pięknie napisanym jego imieniem i nazwiskiem po prawej. Herb to były dwa skrzyżowane miecze, rękojeścią do góry owiniętymi w winorośle. Na dole, jakby na jasnej wstędze było napisane nazwisko Össterich starodawnym pismem.
Poczuł szybkie bicie serce na widok znanego mu nazwiska. Na jednym ze zdjęć ciotki-matki alkoholiczki w pięknej sukni, wisiało to nazwisko na płótnie, które trzymała.
Spojrzał się na Rudolfa, lecz on tylko uniósł rękę w geście :”Ja nic nie wiem”.
Rozerwał papier ale w środku nic nie znalazł. Zmierzył wzrokiem napastnika, który był bardziej ciekawy niż on sam.
-Tam nic nie było. – podsumował.
Opadł na poduszki. Nic nie było? Więc po co, ktoś przysyła mu taki list? Pusty. Bez żadnego wytłumaczenia. Jeszcze raz spojrzał na kopertę z swoim nazwiskiem i poczuł ciepło. Tak jakby włożył dłonie do ciepłej wody, odrzucił fioletowy papier.
Na jego oczach list zaczął rosnąć, zupełnie jakby był czymś wypełniony. Jak ciasto na drożdżach w rozgrzanym piekarniku.
Otworzył ją i zobaczył mały świstek żółtego papieru. Widział jak Rudolf wierci się z zaciekawienia na krześle i był już na krawędzi by tylko zobaczyć co jest w środku, ale kiedy Ethan wyciągnął kartkę, chłopak westchnął jakby nic nie zobaczył.
Wielmożny panie!
Mam zaszczyt zaprosić pana na bal maskowy, który wydaje Król Henryk na cześć szesnastych urodzin swojej jedynej córki – księżniczki Elizabeth, która niedługo stanie się księżną, ze względu na ostatnią kobietę rodu. Jednocześnie z tym, przejmie połowę obowiązków ojca, a następnie władzę w późniejszych latach. Pańska wizyta wiele znaczy dla naszego kraju.
Sekretarz Króla Henryka
Carlosso Bioarrnin
------------------------------------------------
Przepraszam, że tak długo nie było rozdziału!
Ale już nadrabiam. I jak się podoba?
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (8) ›
 

 
Było chłodno. Owinął szyję szalikiem ale to nic nie dawało. Szedł bardzo szybko, jego chód można zaliczać już do biegu. Czy w marcu może być tak bardzo zimno? Nie zauważył, że ktoś za nim idzie.
Poczuł mocne szarpnięcie za plecak. Ręce wyleciały do przodu jakby spadał z urwiska i zanim się obejrzał dostał pięścią w twarz. Zachwiał się i poczuł ciepło w okolicy nosa. Upadł na ziemię i następny cios. Kopniak w brzuch. Zwinął się w kłębek ale nic do nie dawało. Strużka krwi lała się z ust na chodnik i nic nie mógł na to poradzić.
-AAA!!! – zawył, kiedy wielki, czarny toporny but zmiażdżył mu dłoń.
-Rudolf, nie na ulicy. Tam, dobijemy go w bramie! – zasugerował ktoś inny.
Ktoś pociągnął go za bluzę i plecak. Nie mógł ruszyć prawą dłonią, przypominała wielki czerwony placek, palce były powyginane w nienaturalne strony. Nie miał siły walczyć. Pogodził się z nieuchronną myślą śmierci w brudnej bramie starej kamienicy niedaleko szkoły. To tak miał umrzeć?
-Boże, jaki on ciężki! – oznajmił chłopak rzucając go na chłodne płytki.
Bili pięściami po kręgosłupie, brzuchu, głowie czy nawet nogach. Postanowili się zabawić. Otworzyli jego czarny plecak i wysypali całą zawartość, by następnie wyszukać portfel, telefon i pustą flaszkę wódki.
Zbili ją i kawałek szkła wbił się Ethanowi w lewą dłoń, która była wcześniej zdrowa. Znowu zawył.
-On ma numer do Matyldy! – odparł jeden przeglądając kontakty w telefonie pobitego.
-Dzwoń idioto! – rozkazał Rudolf.
-Ha! Hasło ma! – zaskomlał.
-Dawaj to! – wykrzyczał przywódca.
Jego czarne kręcone włosy opadły na twarz i Ethan był ciekaw, czy cokolwiek widzi, ale słysząc jego krzyki doszedł do wniosku, że jednak tak.
-Ciemne masy! 1234! – zadowolony, przyłożył sobie telefon do ucha i czekał na odpowiedź.
-Tu Ethan…Doszedłem do wniosku, że cie nie kocham. Nawet cię nie lubieeee! Jesteś taka brzydka, nikt cie nie chce…. Ja wolę chłopaków! – rozłączył się.
Po raz pierwszy w życiu płakał w towarzystwie śmiechu innych. Zawsze myślał, że skoro ludzie płaczą to robią to razem, a nie kosztem drugiego człowieka. Ethan dopiero poznawał świat, w takiej szkole miał to utrudnione.
Jedyne co z tego pamiętał to chłodne, delikatne dłonie obejmujące jego twarz i kilka słów, które były bardzo niewyraźne, ale mimo to jeden wyraz :”Wróciłam”, zapamiętał do końca życia.
**
-Ile może tak spać?
Nie otworzył oczu, mimo że powieki jarzyły się na różowo i słyszał głosy bliskich.
Tylko, że on nie miał rodziny. Matka alkoholiczka przepijała pieniądze z zasiłku, bo, jak to tłumaczyła :”I tak umrę, mam raka wątroby, po co pracować? Wolę umrzeć w domu z flaszką w dłoni”.
Ojca nie znał. Matka zawsze mu tłumaczyła, że wyjechał i go porzucił pod jej progiem. Tak, ona nie była jego biologiczną matką, bo prawdziwa zmarła w wypadku samochodowym. Nazywał ją swoją mamą, lecz była to jego ciotka. Matka chrzestna. Kiedy zgodziła się objąć to równie ważne stanowisko, rodzice od razu obmyślali co zrobią z małym. Ciężarówka, która wjechała w samochód matki była tylko jednym z czynników, przyspieszenia planu porzucenia dziecka.
Ethan miał tylko nadzieję, że ojciec mimo to po niego wróci. W wieku 16 lat przestał tak uważać. Stracił nadzieję i siłę by walczyć.
Otworzył oczy.
Biały sufit, ściany i oślepiające światło. Obracają głowę, zobaczył Matyldę. Jeszcze trochę a by się popłakał z wzruszenia. Uśmiechnęła się i jej brązowe oczka zabłysły. Matylda, tak bardzo jej teraz potrzebował.
-Lekarz nic nie chciał mi powiedzieć, musiałam mu wmówić, że jesteśmy rodzeństwem. Bardzo podobnym, prawda? – mało kto, odważył by się skłamać w takiej sprawie, ale znał ją, jakby chciała postawiła by wielki ceglany mur i następnie go rozwaliła.
-I co powiedział? – wykrztusił z wielkim bólem w gardle.
Zniżyła głowę, jakby odpowiedź była napisana na podłodze. Unikała jego wzroku i miał ochotę lekko ująć jej podbródek i poprosić patrząc się w jej cudowne brązowe oczy.
Ale nie mógł tego zrobić. Wszystko go bolało, dosłownie wszystko. Najbardziej brzuch i złamana dłoń.
Palce miał zabandażowane i nastawione, lecz niewiele to dało bo pragnął pozbyć się jej, byleby przestało boleć. Udawał silnego, tylko i wyłącznie ze względu na Matyldę.
-Jest źle. – powiedziała drżącym i przerywanym głosem, w którym słychać było szloch.
Po prawej stronie ktoś krzyczał, przez okno, do pokoju pielęgniarek opiekujących się danym sektorem, miały się opiekować chorymi i zawiadamiać rodzinę lub lekarzy. A propo pierwszego. Jedna z nich, ubrana w różowy uniform wrzeszczała tak głośno, że Ethan nie miał problemu z wyłapaniem tekstu rozmowy.
-Ma pani przyjechać! Stan syna jest krytyczny! Nie chce pani zobaczyć własnego dziecka?! – chwila przerwy – Natychmiast! Mam wysłać po panią odpowiednie służby?! Sprowadzimy tu panią siłą! Tak… SIŁĄ!!!
Spodobała mu się zawziętość pielęgniarki. Mało kto, nakrzyczałby na obcą osobę i to jeszcze grożąc.
Matylda złapała go za zdrową dłoń, tą napiętnowaną blizną po papierosie Rudolfa. Ciepło ogarnęło po chwili całe jego poobijane ciało.
-Twoja mama trafi na izbę wytrzeźwień. Kiedy jej stan będzie opanowany, przyjdzie tutaj – odpowiedziała pielęgniarka, kiedy przekroczyła próg białych drzwi, które znajdowały się obok szyby.
-Ale ona ma raka – wyszeptał.
Jego gardło odmawiało posłuszeństwa, tak jakby było ciągle ściskane przez silne dłonie.
-Nie mów! Masz uszkodzoną krtań. Ten bandyta strasznie cię pobił. – dodała machając rękoma.
Wracając do pokoju i usiawszy wygodnie na fotelu wykonała kolejne niezmiernie głośne telefony. Myślał, że zaraz spadnie tynk z sufitu.
----------------------------------------------
https://www.facebook.com/pages/W-ko%C5%84cu-przesta%C5%82a%C5%9B-pozbawia%C4%87-si%C4%99-przytomno%C5%9Bci-skarbie/1505346696393073
  • awatar Life gives nothing, you must take it♥: Jejj biedny Ethan:( Mam nadzieję, że jakoś z tego wyjdzie. Świetny rozdział♡ Czekam na więcej, pisz szybko;*
  • awatar blak ❤: biedny. . zapraszam do mnie ;*
  • awatar My imaginary world♥: Biedny Ethan ;_; Pieprzony Rudolf i jego cholerna paczka -.- Jak można być tak okrutnym? Oby tej cholernej bandzie się w końcu oberwało. Wydarzenia dość brutalne, i to własnie czyni je takimi prawdziwymi. Bardzo mi się to podoba. Z nieukrywaną niecierpliwością czekam na kolejny rozdział! Pozdrawiam <3 A.Wiktoria
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (8) ›
 

 
Minęło kilka pochmurnych dni, zanim o wszystkim dowiedziała się dyrekcja. Udawali wzburzenie i chęć rozwiązania problemu, ba, nawet zdeklarowali usunięcie ze szkoły tych łobuzów. Czy to coś da? Nie. Tylko pogorszy całą sytuację.
Pierwszą lekcją była historia. Siedział znużony, wypatrując się w różne kształty chmur na błękitnym niebie. Postawa jaką siebie reprezentował mogła wywoływać zawał u nauczycieli, lecz akurat historyk przywykł do jego dziwnych poz podczas owych lekcji. W dłoni trzymał białą kredę i z grymasem na twarzy, jakby zjadł cytrynę, pisał na tablicy podpunkty tematu:” Starożytna Grecja – mitologia „. Wydawało się to Ethanowi, karygodnie nudnym tematem, zastanawiał się po co w ogóle jest historia. To co było to minęło, po co do tego wracać i drążyć.
-Ethan!- usłyszał.
Momentalnie odwrócił głowę, mimo że był na skraju pisania referatu w myślach na temat bezsensowności historii w szkołach.
Blondynka o cerze porcelanowej lalki i dużych migdałowych oczach trzymała w ręku małą kartkę z wyraźnym napisem :”Ethan”. Zdziwił się, ale wziął od dziewczyny wiadomość. Rozejrzał się po klasie, w nadziei, że odnajdzie od kogo jest owy podarek, lecz nikt nawet na niego nie spojrzał a nauczyciel nadal pisał na tablicy wykrzywiając twarz w przerażającym grymasie. Trzymał kartkę bardzo delikatnie, jak dyrygent swą batutę. Po charakterze pisma mógł przypuszczać, iż napisała to dziewczyna. Ale czy dowie się, od kogo to jest, jeśli tego nie otworzy?
Na tej przerwie. Pod pomnikiem. Na dziecińcu. Twoja M ͻ
Serce przyspieszyło, czuł się jakby właśnie przebiegł maraton i zabrakło mu wody. Jeszcze nikt nigdy nie przysłał mu kartki i to w taki sposób zaproponował spotkanie. Od tamtej pory co minutę spoglądał na zegarek. Z wiadomych przyczyn wydawał mu się bardziej interesujący niż chmury.
Usiadł na ławce i wlepiał wzrok w cykające wskazówki na zegarku. Śledził każdy ich ruch i starał się nie patrzeć na dłoń, a konkretnie na bliznę jaka została mu po jednym z wielu pobić. Kiedy usłyszał wysokie głosy, podniósł głowę i zobaczył grupkę dziewczyn siedzących przy ławce zaraz pod pomnikiem. On sam usiadł w najciemniejszym zakątku dziedzińca i starał się obserwować sytuacje z boku. Wypatrywał dziewczyny, której imienia nie znał, więc nie mógł zawołać jej przez plac. Czy kiedykolwiek ją widział?
Z grupki dziewczyn siedzących na ławce pod pomnikiem, tylko jedna się nie śmiała. Z wyglądu bardzo od nich odstawała, miała zwykłe jasne dżinsy i prostą bluzkę w paski i beżowy sweterek. Reszta nosiła krótkie spódniczki, które z każdym ruchem odsłaniały miejsce, których widać nie powinno i bluzki z niebotycznym dekoltem. Obwieszone milionem naszyjników, pierścionków i bransoletek spojrzały się na towarzyszkę, która teraz siedziała z założonymi rękoma, a Ethan wytężał wzrok aby dojrzeć osobę. Poczuł przypływ ciepła, kiedy o niej myślał, a serce biło szybciej na jej widok.
Miał nadzieję, że to właśnie ona pragnęła się z nim spotkać. Mała poczwarka w jego piersi, która na samą myśl o nieznajomej fikała w wnętrznościach wyraźnie się ucieszyła, kiedy Ethan wstał i szedł prosto w ich stronę. Kiedy był już przy ławce usłyszał krzyki. Odwrócił głowę w stronę pomnika, który rzucał cień na żwir. Ruszył się i słońce go oślepiło. Nagle ktoś bardzo wysoki przysłonił światło.
Stał przed nim potężny mężczyzna z czarną burzą loków na głowie, przypominający mop – to Rudolf Amsterdam przysłonił oślepiające światło.
-Nasz mały pijak chce znaleźć sobie dziewczynę? – spytał bardzo niskim i męskim głosem.
Dziewczyny siedzące na ławce zaśmiały się i miał nadzieję, że nieznajoma nadal się nie uśmiecha, ze względu w jakiej znalazł się sytuacji.
-Która go chce?! – wykrzyczał z uśmiechem, a jego przyjaciele stojący za plecami wybuchli śmiechem.
Wsłuchując się w śmiechy dziewcząt, które przypominały już dławienie się, stał jak wryty nawet nie kiwając palcem.
-Ja – usłyszał a mała poczwarka w jego piersi podskoczyła z wrażenia.
-Kto?! Ty?! – zaśmiał się złowieszczo – Dobraliście się. – goryle za jego barkami zaczęli się kiwać i popychać ze śmiechu.
Znalazł w sobie odwagę aby się odwrócić i nie żałował. Ujrzał najpiękniejszą dziewczynę jaką kiedykolwiek widział. Miała piękne brązowe włosy i duże niebiesko-szare e oczy, które zlewały się ze źrenicami. Skórę miała lekko opaloną, usta i policzki lekko przyróżowione.
-Zatkało cię? - burknął Rudolf.
-A czy ciebie ktoś chce? – zawołała dziewczyna, a Ethan nagle zadrżał, bo ktoś stanął w jego obronie.
Już ją lubię! – zawołała poczwarka.
-Podoba wam się Rudolf? – spytała patrząc na dziewczyny siedzące obok.
Zamarły. Ethan widział, że biją się z myślami. Śmiać się, czy nie. Rudolf to w końcu największy łobuz szkoły, nie chciałaby mu podpaść, mimo to chórem odpowiedziały stanowczo:
-Nie!
Tym razem to Rudolf zamarł i przestał się śmiać, lecz goryle za jego plecami jeszcze bardziej kładli się ze śmiechu. Gwałtownie się odwrócił i rzucił im ostrzegawcze spojrzenie, natychmiast ucichli jak zbite psy.
Brunetka uśmiechnęła się i wstała.
Prawda, że ma cudowny uśmiech? Uśmiecha się do ciebie, idioto! – wołała poczwarka.
Odwzajemnił uśmiech i od razu poczuł, że poczwarka w jego piersi rośnie z każdą chwilą. Zebrał w sobie ostatnie cząstki nadziei i połączył je z nikłą odwagą, co poskutkowało podejściem do niej.
-Matylda – odparła cicho.
-Jestem Ethan. Miło mi cię poznać, Matildo – powiedział z uśmiechem.
-Matylda. – powtórzyła. – Przejdziemy się? – spytała odwracając się.
Szli przez cały dziedziniec i co chwilę się do siebie uśmiechali. Zadziwiające było, że taka dziewczyna jak ona, potrafiła się przeciwstawić największemu łobuzowi w całej szkole, i to jeszcze w obronie kolegi, a podczas tej rozmowy wydawała się być bardzo tajemnicza i skryta.
Podziwiał jej długie brązowe włosy i cudowne niebieskie oczy, które przypominają morską letnią bryzę . Dojrzał na jej twarzy pojedyncze piegi, które odejmowały lat, ale za to dzięki nim wyglądała bardzo uroczo. W końcu spytała:
-Dlaczego masz takie zagraniczne imię?
Myślał, że się przesłyszał. Na początku postanowił to zignorować, ale wydawało mu się to zbyt niegrzeczne, w szczególności w obecności nowo poznanej dziewczyny.
-Nie wiem – odparł, co było prawdą.
Kiedy był mały, zastanawiał się dlaczego nauczyciele nie potrafią wymówić jego imienia i nazwiska, co bardzo go irytowało, bo musiał ich poprawiać. Nie lubił, kiedy nowo poznana osoba czytając plakietkę z imieniem, starała się je poprawnie literować. Najgorsze były grymasy ludzi, kiedy odpowiadał im na to samo pytanie, które zadała Matylda, tą samą odpowiedzią.
-A ty? Masz takie inne imię, jeszcze nigdy nie poznałem żadnej Matyldy – zauważył, starając się nie iść za szybko by mogła nadążyć.
-Pochodzę z Czech. – odparła, kierując się w stronę dziedzińca.
-Dlaczego wszyscy w naszej szkole mają takie nietypowe imiona. Chodzę do jednej klasy z Ahmedem, Daizuką, Mary Grace, Leonem, Mią. – spostrzegł.
-Hah – zaśmiała się – Nie jesteś spostrzegawczy. Nigdy nie zastanawiałeś się dlaczego mamy tylu nauczycieli od różnych języków? I dlaczego uczymy się tylko jednego obcego języka? Że każdy z nas uczy się innego? A na polskim szlifujemy wymowę czy ortografię? Ethan, pomyśl.
Chłopak zdziwił się, ale po zastanowieniu doszedł do wniosku, że dziewczyna ma rację, lecz nigdy się nad takimi sprawami nie zastanawiał.
-Ale ja uczę się angielskiego… - zaczął głośno myśląc.
-A ja czeskiego. - uśmiechnęła się.
Rozległ się dzwonek i wszyscy uczniowie zaczęli biec w stronę drzwi. Ethan przeklinał w myślach woźnego. Nie mógł poczekać chociaż kilka minut z włączeniem tego dzwonka?
-Co teraz masz?! – starała się przekrzyczeć hałas.
-Biologię! A ty? –podszedł bliżej.
-Geografię. Pójdźmy razem, nasze klasy są blisko siebie – zaproponowała szeptem, kiedy wszystko ucichło.
-------------------------------------------------
Macie pierwszy rozdział. Podoba się? Coraz mniej mam czasu na pisanie :C
Pozdrawiam! <3
  • awatar Psiara, na wieki ... ;*: Super!! Czekam na next ^^
  • awatar Bookworm :3: Hmmm.. Bardzo ciekawe. Masz bardzo fajny styl pisania i to mi się podoba ;) Pisz, jak tylko będziesz miała wolną chwilę ^^
  • awatar T. ☽: Fajny i lekki styl pisania, bohaterów też całkiem ciekawie i tajemniczo przedstawiłaś, co mi się podoba. Pisz dalej! ;) + Też czytałaś intruza? ♥ :)
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (10) ›
 

 
-Stop! Przestańcie! – Wołał.
Stali nad nim jak sępy, wpatrywali się w coraz większe przerażenie na jego twarzy. Wydawało się, że uśmiech nie schodził z ich twarzy, dopóki jeden z nich, który aktualnie zajmował się bardziej brutalnym zajęciem – grzebaniem w plecaku ofiary – nie oznajmił donośnym głosem:
-Znalazłem tutaj coś ciekawego! – Dźwięk, jaki usłyszał był jednoznaczny.
W jego uszach zabrzmiał odgłos, jaki często słyszy w domu od niepamiętnych lat – odgłos obijanych szklanych butelek, najczęściej po wódce, najczęściej pustych.
Wszyscy odwrócili głowy w stronę znaleziska, a sama ofiara znalazła cień odwagi by, chociaż otworzyć oczy. Widok na brudny sufit wnęki na szkolnym boisku, zasłoniła głowa jednego z oprawców. Niejakiego Rudolfa Amsterdama, wielkiego byczyska z ogromnymi świdrującymi oczami koloru kory drzewa. Włosy opadały mu na twarz, miał je całkiem długie, bo do ramion. Nie dość, że długie to kręcone i puszyste, co wyglądało jak jeden wielki czarny mop.
Rudolf był najgorszy z ich wszystkich, miał miano przywódcy i każdy darzył go wielkim szacunkiem, ( choć tak naprawdę, każdy uciekał mu z drogi), generalnie tylko, dlatego, by nie dostać manta za choćby złe spojrzenie.
Więc tak właśnie spojrzał się nasz Ethan. Kiedy machinalnie stawiał kolejne kroki, Rudolf Amsterdam wraz ze swoją paczką, palili następne papierosy. Później nie działo się nic dobrego, ich przywódca, na sam widok chudego, wysokiego bruneta, niedopałkę fajki cisnął na ziemię, by następnie przycisnąć ją ogromnym i topornym czarnym butem. Nawet mrówki przed nim uciekają.
A resztę już znacie, prawda jest taka, że Ethan od małego ma problem z rówieśnikami. Osądzany o alkoholizm i nikotynizm, Zasze był wyrzucany ze szkoły, nawet nie słuchając jego tłumaczeń. Dyrektor poprzedniej szkoły, kiedy to podczas przerwy na lunch, pewni chłopcy grali w piłkę plecakiem bruneta, zbili butelki po wódce; jakby tego było mało wysypała się cała paczka papierosów, pozwolił, aby przyszli rodzice Ethana, bo tylko z nimi chciałby porozmawiać. Niestety się nie zjawili. Brunet opadł z sił i marzył tylko o spokoju w domu, by móc spokojnie pójść spać, bez żadnych kłótni i sprzeczek.
Szkoda tylko, że wszyscy dyrektorowie, ani banda Rudolfa Amsterdama, nie zdawali sobie sprawy, że te butelki nie należą do niego, tylko do jego matki. Zabiera to wszystko by ona przeżyła choćby jeden dzień więcej, bo rak wątroby zaczyna atakować z dwojoną siłą i nie ma przed tym ucieczki. Zostały już tylko dni a Ethan stara się je przedłużyć, lecz matka nawet nie śni o odłożeniu kolejnej butelki wódki, tylko, dlatego, że to ją zabija. Uważa, że skoro i tak przez to umrze to pójdzie z tym do grobu i da satysfakcje alkoholowi, iż pochłonęło kolejną osobę.
Tak, więc banda Rudolfa nie miała o niczym zielonego pojęcia i nie chciała słyszeć tłumaczeń. Wtedy wszyscy nagle zapragnęli alkoholu i wpatrując się zachłannie w puste butelki zaczynali się denerwować.
-Przynieś nam piwo! – Wrzeszczał barczysty chłopak, który penetrował wcześniej plecak bruneta.
-Nie, nie piwo! Wódkę! Najlepiej czystą! – Rozkazał inny.
-Ale mają być trzy flaszki, bo na nas to jedna nie starczy.
-A ty po połówce już, wymiękasz! – Rudolf zabrał się do obelg.
Ethan natychmiast zamknął oczy i przyjął pozycję obronną ukrywając głowę w dłoniach, ale to nie poskutkowało. Chłopcy zaczęli kopać i szarpać coraz mocniej i gwałtowniej, dopóki z kącików ust bruneta nie polała się krew. Rudolf widząc to, zaśmiał się niczym czarny charakter w wieczornej bajce dla dzieci i z całej siły uderzył chłopaka w brzuch. Siła była tak ogromna, że ofiara odbiła się od ściany i z impetem opadła na podłogę. Wokół niej zaczęła się tworzyć szkarłatna plama. Oprawcy wymienili spojrzenia, otarli dłonie o spodnie i wzruszając ramionami szli do klasy, ale Rudolf postanowił jeszcze zostać i zapalić ostatniego papierosa dla odprężenia. Kiedy płuca zaczął wypełniać dym poczuł prawdziwą ulgę, jakby unosił się ponad chmurami, lecz jedyne, co go trzymało na ziemi był Ethan, krwawiący i nieprzytomny, zostawiony na pastwę brutalnego losu. Rudolf skończywszy palić papierosa, ujął niedopałkę jakby trzymał długopis i mocno przycisnął do wierzchu dłoni ofiary. Złożył podpis na jego ciele; podpis, który zawsze będzie mu przypominał, co dokonał i nie zdając sobie sprawy z czynów, jakich się dopuścił.
--------------------------------------------------
Hej! Wracam. Tak łatwo Was nie opuszczę! Mam już 10 rozdziałów tego opowiadania, ale czy będę je dodawać zależy od tego, czy ktoś będzie to czytał. Nowa szkoła, nowi ludzie, nowe problemy. Te wszystkie czynniki trochę osłabiły moją wenę, ale nadrabiam w weekendy! Rozdziały będą dodawane co tydzień
Pozdrawiam ^^
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (13) ›
 

 
Oniemiałam. Nie sądziłam, że spotka mnie coś tak miłego w tak ponure dni. Wszystko szło jak z płatka, aż sama się zdziwiłam. Szybko znalazłam jedzenie w lesie, teraz ten samochód. Jednak kierowcą okazał się być chłopak, jedyne niedociągnięcie.
O nie. Nie mogła to być kobieta? Znowu facet. Dlaczego ciągle na nich wpadam?!
-Nowy Jork? – Spytałam.
-Tak, wsiadaj- otworzył drzwi.
I tak o to jechałam z nieznanym mi chłopakiem do domu. Widząc swoje odbicie w lustrze o mało, co nie krzyknęłam. To nie była twarz dziewczyny z domu alkoholika, ani należącej do mafii. Oczy nadal cudnie zielone mieniły się drobinkami złota wokół źrenicy. Twarz była lekko ubrudzona, ale mimo to nie zauważyłam tam żadnych wyprysków czy pryszczy. Z włosów sterczały kawałki liści czy małe gałązki, które starałam się dyskretnie powyciągać. Jakim cudem on się zatrzymał? Nie wystraszył się mnie?
-Co sprowadza tak ładną dziewczynę w tak niebezpieczne rejony? – Powiedział po kilku minutach drogi.
-Oh. Umiem sobie poradzić i nawet nie wiesz ilu takim cwaniaczkom jak ty, skopałam dupę – odpyskowałam przeglądając się w lusterku.
-Ooo. Groźna. Więc, po co jedziesz do Nowego Jorku? Niedaleko jest inne miasteczko. – Rzekł, blednąc na twarzy.
-Należę do jednej z tamtejszych mafii i muszę zabić mordercę mojej rodziny. A ty? – Spytałam patrząc na niego.
Jego mina przyprawiła mnie o śmiech i chyba w końcu do niego dotarło, z kim ma poczynienia. Znając życie pragnął się zatrzymać i wykopać mnie z samochodu. Żałował, że się wtedy zatrzymał.
-Jadę do mojej dziewczyny, która właśnie zdradza mnie z moim najlepszym kumplem. – Posmutniał.
Kiedy już znaleźliśmy się w mieście, spytał:
-Gdzie chcesz wysiąść?
-Koło Central Parku – oznajmiłam odpinając pasy.
Wtedy zatrzymał się w jednej z uliczek, co znaczyło, że moja podróż z nim dobiegła końca. Już miałam wysiadać, kiedy zatrzymał mnie jego głos:
-A mogę, chociaż wiedzieć, jak masz na imię? – Był taki uroczy.
-Amy. – Uśmiechnęłam się.
-Oscar. Miło mi było cię poznać. Zobaczymy się jeszzz – zatrzasnęłam drzwi.
Odchodziłam od samochodu i wtedy wychylony zza szyby wołał mnie:
-Amy, zobaczymy się jeszcze?!
-Jeśli zabijesz tą dziewczynę to w więzieniu. Na spacerniaku! Przy odrobinie szczęścia dostaniemy 25 lat! – Zaśmiałam się i mu pomachałam.
***
Wbiegłam do mieszkania mojej matki, gdzie urzędował ostatnimi czasy ojciec Maxa. Nadal tam był, lecz sam. Siedział przy stole i co jakiś czas napełniał kieliszek. Wyglądał na trzeźwego, więc usiadłam i opierając dłonie na stole zaczęłam:
-Co z tobą?! – Spytałam drżącym głosem.
-Zostawili mnie, rozumiesz? Zabrali całą forsę, jestem bankrutem. Nie mam nic! Chcę umrzeć! – Krzyczy, jeszcze trochę a posypałby się tynk z sufitu. – Zabij mnie, zabij – wyszeptał.
-Co?! Nie mów tak – starałam się mu współczuć, ale nie mogłam. -Mama żyje?! – Wykrzyczałam.
-Przestań! Daj mi się napić – rozkazał, chwiejąc się.
-Mama żyje?! – Powtórzyłam wyciągając pistolety, ale po usłyszeniu odpowiedzi natychmiast rozluźniłam uścisk.
-Żyje! Jest w waszym domu na obrzeżach miasta.
-Chyba jednak cię nie zabiję. – Stwierdziłam.
-COOO?! Wypad z domu, wypad! – Rozkazał.
Wziął nóż i zaczął nim wymachiwać. Ból przeszył moje ramię, mocno mnie drasnął. Wystrzeliłam. Huk przeszył cienkie ściany budynku. Padł na ziemię. Oszołomiona chodziłam po mieszkaniu. Zabiłam człowieka. Działałaś w obronie własnej. Nic ci nie grozi. Uspokój się.
Krążyłam po mieście bez celu. Zjadłam coś w tanim barze i dokończyłam to na ławce w parku. Kiedy idąc ulicą usłyszałam znajomy głos, uśmiechnęłam się:
-Podwieźć panią?
*EPILOG*
Zbierają grzyby. Pewnego dnia umówiliśmy się, aby wspólnie spędzić czas na grzybobraniu. Max chowa się za drzewem i macha do Zoe. Niedługo jest ich wielki dzień, biorą ślub pod koniec miesiąca. Tony zagląda pod każdy mały krzaczek, razem ze swoim trzyletnim synkiem – Heathem nazbierali już połowę koszyczka. Emily już czuje smak grzybowej, jaką ugotuje. A ja siedzę na trawie. Oplotło mnie silne ramię Oscara, który spogląda na naszą córkę – Dianę, która po raz pierwszy w życiu robi wianek z wrzosów. Na jej brązowych włosach będzie wyglądać cudownie. Jest taka piękna. Ma tak samo niebieskie oczy jak jej ojciec.
Pewnie zastanawiacie się, jak układa się miedzy naszą siódemką. Wybaczyłam Maxowi, kiedy on oznajmił, że oświadczył się Zoe a ona go przyjęła. Ich miłość kiełkowała zupełnie inaczej, niż moja i Oscara. Oscar wie o mnie wszystko. Co robiłam w lesie, kogo kochałam, kogo zraniłam, kto zranił mnie. Wie o mafii, o ojczymie i całej reszcie. Moja matka jest taka szczęśliwa, że ma wnuczkę i mówi, że kiedy będzie na to gotowa opowie jej o naszym życiu.
Zaś Emily i Tony. Oh, co tu by opowiadać. Są szczęśliwi, ale ich szczęście apogeum osiągnęło, kiedy z impetem wkroczyli do mojego i Oscara domu.
-Jestem w ciąży! – Wykrzyczała uradowana.
-Co, ty też?! – Spytałam.
Zabawne to było. A co z Felixem? Oscar również o nim wie, stara się być taki jak on, co potępiam, bo kocham go takiego, jakim jest. Odwiedzam jego grób, co jakiś czas, lecz on zarósł kwiatami, które posadziłam, to były jego ulubione. Na drewnianej tabliczce pisze: „Spoczywaj wśród gwiazd”
Tak jak prosił na łoży śmierci, spoglądając w niebo na gwiazdy i księżyc, myślę o nim.
-------------------------------
Koniec!
Jak bardzo zżyłam się z tym opowiadaniem. Strasznie się do niego przywiązałam :c
Wolałam zakończyć to w takim momencie niż pisać o duperelach.
Dziękuję Wam, że wytrwaliście taki okres czasu ze mną i z "Nieustraszoną".
Jesteście moją motywacją do dalszego pisania
Dziękuję! <3
  • awatar Sain: Zajebisty blog, naprawdę! Jak tu weszłam musiałam przejrzeć troszeczkę wpisów ^^. Zapraszam do mnie ;*
  • awatar ⓛⓞⓤⓘⓢ ⓣⓞ ⓜⓞⓙⓐ ⓗⓔⓡⓞⓘⓝⓐ ♥: Cudo szkoda, że już koniec ;( no ale liczę na kolejne twoje genialne opowiadanie ♥
  • awatar arrosa ♥: Jejku :( Smutno :( I to jak Smuteczek :( Szkoda :( Ale pisz następne :) Kurde czemu skończyłaś w takim momencie ? :O A było tak pięknie :( Amy i Oscar ładnie brzmi :) NO więc czekam na kolejne opowiadanie tak dobre jak to! :D
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (9) ›
 

 
Zaniemówiła. Wpatrywała się we mnie i nawet nie zdała sobie sprawy, że ciągle ma otwarte usta. Niebieskie oczy wirowały, mierzyły mnie od stóp do głów, aż w końcu powiedziała zwracając się do swojego chłopaka, który właśnie do nas szedł.
-No zrób coś! – Krzyczała.
-Amy, Max na pewno bardzo tego żałuje. Właśnie z nim gadałem, bo Zoe ciągle ryczy – oznajmił.
-To, dlaczego za mną nie pobiegł? Nie chcę zawracać wam głowy. Postaram się wrócić za kilka dni. O ile zapamiętam drogę. – Zauważyłam zarzucając peleryną i ruszając przed siebie.
Nikt mnie nie powstrzymywał. Szłam pod wiatr i moje długie brązowe włosy powiewały, co dodawało mi uroku. Peleryna była postrzępiona, brudna i pełna dziur, przypominała szwajcarski ser. Zdjęłam ją i powiesiłam na gałązce przy najbliższym drzewie. Niech znajdzie ją ktoś, kto zasłużył na bycie Wybranym. Jak dobrze, że nie nominowałam nikogo, jako zastępcę, nie chciałabym, aby ktoś musiał wędrować przez ten las samotnie. Ja mogłam. Zniosę samotność, ignorancje czy obrażanie, byleby innym żyło się lepiej.
Wrócę do domu, dowiem się gdzie pochowali i czy w ogóle pochowali, moją ukochaną matkę alkoholiczkę. Tylko czy ja mam dom? Ojczym, facet, który wyrwał mnie od matki w wieku 6 lat i który należy do niebezpiecznej mafii, przyjmie mnie z powrotem? A może mam wrócić do mojego starego mieszkania, gdzie mieszkałam z matką, ale to tam urzędowała banda ojca Maxa.
Zaczęło się ściemniać i zaczęłam się coraz bardziej bać. Byłam sama. W lesie. Zbliżała się noc. Dochodząc do wniosku, że dalej już nie pójdę i jeśli szybko nie zbuduję prowizorycznego szałasu i ogniska, to zamarznę na kość i w dodatku bez dachu nad głową. Biorąc się w garść zaczęłam szukać jak najdłuższych gałęzi. Oczywiście były bardzo ciężkie i strasznie się namęczyłam targając je i jeszcze układając w kształt małego, ale przytulnego szałasu. Okryłam go wysuszonymi liśćmi paproci, jak i dębu czy brzozy. Na podłogę użyłam sosny i trochę trawy, by było mi ciepło przez noc.
Dygocząc z zimna przeklinałam się w myślach za wyrzucenie peleryny.
Następnego dnia rano wstałam wraz z wschodem słońca, brzmiałoby to bardzo pozytywnie gdyby nie fakt, że obudziło mnie burczenie w brzuchu.
Kiedy po kilku minutach, bardzo długich minutach, dojrzałam pole krzaków malin i jeżyn myślałam, że oszaleję z radości. Pragnęłam się najeść do syta, ale nie było to możliwe tylko dzięki małym brudzącym owocom. Postanowiłam wykorzystać jakoś swój nóż i dwa pistolety, w których i tak kończyła mi się amunicja. W lesie panowała susza, idealna pora do zrobienia ogniska. Weszłam głębiej w las i skryłam się za upadłą korą drzewa. Wyciągnęłam pistolet jak najciszej się dało i czekałam za zwierzyną.
Starałam się nie myśleć o Maxie i Zoe, ale to było silniejsze ode mnie. Zaprzątałam sobie głowę tym, że kiedy kochałam Felixa tak gwałtowanie zareagowałam na ich widok. Może, dlatego, że się tego nie spodziewałam? W najśmielszych snach nie przyszło mi to do głowy! Ona i on?! Zapomnij o nim, zapomnij. O niej też możesz. Nic nie stracisz, ale dużo zyskasz.
Usłyszałam trzask gałęzi. Mały, ale tłuściutki królik kicał między paprotkami. Zauważył mnie i patrzał się najbardziej smutnymi oczkami, jakimi w życiu widziałam!
Tak, więc kilka dni przeżyłam tylko na samych jagodach, borówkach i jakichś owocach. Kiedy w środku nocy obudziłam się oślepiona światłem i powieki zajarzyły się na różowo, zerwałam się na równe nogi. Przed moimi oczyma zatrzymał się czerwony samochód. Kierowca popatrzał się na mnie i odjechał. Czy to sen? To już koniec mojej podróży?! Boże. Droga. Powrót.Do. Domu. Pobiegłam bliżej i stanęłam na samym środku drogi rozglądając się w dwie strony. Las ciągnął się nieskończenie daleko i zaczęło wschodzić słońce. Wydostałam się z lasu. Tego przeklętego lasu. Głośno się zaśmiałam i zaczęłam płakać. Łzy szczęścia.
Upadłam na kolana i pięściami waliłam w asfalt. Później, jakby na przeproszenie, gładziłam go bardzo delikatnie. Wstałam i ruszyłam poboczem, ale praktycznie natychmiast usłyszałam warkot silnika i czyjś głos:
-Podwieźć panią?
Ze starego samochodu, który powinien wylądować na złomie, uśmiechał się przystojny kierowca. Jego uśmiech był nieziemski, cudowne niebieskie jak morska bryza oczy spoglądały na mnie z uznaniem. Przeczesywał czarne włosy.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (8) ›
 

 
Nigdy nie sądziłam, że kiedykolwiek zobaczę coś równie potwornego. Oczywiście, zdawałam sobie sprawę, że być może znajdzie sobie inną, ale nigdy przenigdy nie wiedziałam, iż to będzie Zoe. Moja najlepsza przyjaciółka z chłopakiem, do którego coś czuję. Możecie się głowić i zastanawiać, dlaczego to mnie tak bardzo zabolało, skoro nie żywię większego uczucia do Maxa, o tuż to zdziwicie się. Tak naprawdę ja sama nie wiem, co do niego czuję. Moje serce przestało bić i cokolwiek odczuwać po śmierci Felixa.
Wcześniej, kiedy poznałam Maxa - serce biło jak szalone i poczułam po raz pierwszy w życiu, że ono naprawdę tam jest. Teraz poczułam to samo. Serce zamiast odrodzić się na nowo z znaczną pomocą Maxa, przestało zupełnie istnieć. Mała cząstka miłości, która miała je odbudować – zniknęła. Miałam taką głupią nadzieję, że Max nauczy mnie od nowa kochać. Nauczy mnie miłości. Z przedmiotu Miłość dostaję ocenę niedostateczną, bez możliwości poprawy.
Skończyli się całować i zastygli w bezruchu. Mieli szeroko otwarte usta w zdumieniu a oczy wyglądały jak guziki przyszyte do oczodołów pluszaków.
-To nie tak jak myślisz! – Odparł Max jednym tchem.
Nawet nie wiedząc kiedy z oczu popłynęły łzy.
-Proszę cię. Nic nie mów – powiedziałam unosząc rękę.
-Amy! – Zapiszczała dziewczyna.
Nawet na nią nie spojrzałam, uważałam, że nie była godna mojego spojrzenia.
-Pamiętaj Zoe, mam przy sobie dwa naładowane glocki i zestaw ostrzy. Chyba nie chcesz abym musiała je czyścić od twojej brudnej krwi – rzekłam.
Umilkli. Nawet ptaki, które raczyły nas cudownym śpiewem, przerwały swą pieśń.
-Myślałam, że nauczysz mnie kochać od nowa, po śmierci Felixa. Zoe, wiem, iż jest ci ciężko, ale to nie powód, aby całować Maxa. W szczególności, kiedy to on wywołał ten pożar – wydukałam rzucając w niego zapalniczką.
-Amy… Nie chciałem – zaczął.
-Skończ!! – rozkazałam.
Łzy leciały po policzkach, ale zachowywałam kamienną twarz.
-Nic wam nie zrobię. Nie skrzywdzę, nie zabiję. Mimo że o wiele mocniej zraniliście mnie. Więcej nie chce was widzieć. – Zarzuciłam peleryną, która była do połowy spalona i ruszyłam w głąb lasu.
Nikt mnie nie gonił, nikt nie wołał. Słyszałam tylko jak się kłócili i wypłoszyli wszystkie ptaki, których śpiew tak kochałam.
Po kilku minutach drogi ktoś złapał mnie za ramię. Odwróciłam się z nadzieją, że to Max zawrócił i chciałby jakoś załagodzić sytuację.
-Amy, gdzie idziesz? Nie możemy się rozdzielać. – Mówiła Emily.
-Czemu płaczesz? Co się stało? – Spytał Tony, który wygrzebywał się zza krzaków.
Załkałam.
-Max … c-c-całował s-s-się z-z-z Zoe – odparłam przez łzy.
-Co?! Jak to? Przecież oni się nie lubią! – Zawołał chłopak.
-Cicho! – Uciszyła go dziewczyna, natychmiast mnie przytuliła.
-Za chwilę wrócę, idę do niego! – Krzyczał i pobiegł w stronę szałasu.
Płakałam w bluzę Emily i jej kruczoczarne włosy. Ona i Zoe mają taki sam kolor włosów, dlatego je pomyliłam.
-Emily, powiedz Maxowi, że więcej nie wrócę. A Zoe możesz za mnie zbić. Dobrze? – Spytałam.
-Dobrze, ale jak to nie wrócisz?! – Odparła.
-Pamiętasz, kto mnie tutaj wywiózł? Kto zabił moją matkę? Grubego? Bliźniaków? Byli dla mnie i dla Toniego jak rodzina, ich śmierć nie pójdzie na marnę. Muszę zabić ojca Maxa.
-------------------------------------------------
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (8) ›
 

 
Kiedy umilkł śpiew ptaków, a słońce zasłoniły burzowe chmury, postanowiłam udać się w tamto pamiętne miejsce. Puściłam zapłakaną Zoe i spojrzała się na mnie wzrokiem zbitego psa, którego właśnie zostawiam samego w domu na kilka godzin.
-Zaraz wrócę – odparłam.
-Gdzie idziesz? Mogę iść z tobą? – spytała wstając.
-Zostań tutaj. – rzekłam - Jesteś silniejsza niż tobie się wydaje. Jesteś taka dzielna, Zoe – przytuliłam ją i odeszłam.

To miejsce przyprawiło mnie o dreszcze. Ścisnęło mnie mocno w żołądku i z trudem powstrzymywałam się od sprintu do najbliższego drzewa, by oddać moje skromne śniadanie. Słyszałam jak pod moimi stopami pękają gałązki. Konary drzew były poczerniałe a z wcześniej bujnych, zielonych, koron zostały pojedyncze gałęzie. Jeszcze dymiły. Nagle na coś nadepnęłam, zahaczyłam czubkiem buta i ciągnęło się to za mną. Łzy napłynęły mi do oczu. To materiał z hamaka Felixa. Niebieski w żółte gwiazdki.
Gwiazdy. Tak bardzo je kochał. Uwielbiał na nie patrzeć i to dlatego kazał mi myśleć o nim, gdy widzę spadającą gwiazdę. Otrzepałam materiał i następnie mocno go do siebie przytuliłam. Część Felixa.
Ruszyłam ku niegdyś wielkiej ścianie winorośli, która pięła się na kilka metrów górę, teraz to są ciernie, które wiją się po pniu drzewa przypominając macki. To właśnie z tej strony zobaczyłam ścianę ognia. Szukając jakiegoś śladu, wbijałam wzrok w ciemne podłoże i dłońmi przeczesywałam kruche liście. Nagle coś mnie oślepiło. Światło, które się od niego odbijało było powalające, więc zaczęłam mrużyć oczy. Podeszłam i nie wiedząc co to chwyciłam rzecz i oddaliłam się aby móc się temu dokładnie przyjrzeć.
Zapalniczka.
Zapalniczka?
Nikt z moich przyjaciół nie pali papierosów, być może to któryś z Obozowiczów.
Usiadłam i zaczęłam przewracać rzecz w dłoniach. Place mam długie i chude, wyglądają jak dłonie pianisty.
Bardzo tęsknie na Felixem, ale muszę się otrząsnąć i iść naprzód.
Życie kładzie mam kłody pod nogami, kolejna przeszkoda jest większa od poprzedniej. To taka głupia gra, wiesz? Idziesz przed siebie, prosta polna droga, ptaki śpiewają i jesteś bardzo szczęśliwa. Nagle na tej cudownej drodze widzisz mały płot. Tak, płot. Przechodzisz, nie sprawia ci to największej trudności. Co kilka metrów są płoty, które są coraz wyższe. Wlepiając wzrok w wysoki żywopłot na dwa metry, czujesz zrezygnowanie. I tak kończy się historia normalnych ludzi i niedobrego losu, ale w tym samym monecie zaczyna się ludzi nienormalnych, którzy chwytają piasek garściami i odrzucają na boki. Bo widzisz, normalni ludzie – rezygnują, nienormalni – kopią przejście pod płotem.
A to do których należymy zależy od nas samych.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Wracając do szałasu, nadal przypatrywałam się zapalniczce. Był na niej rysunek chłopca jadącego na motorze. Rozmazane tło wskazywało, że poruszał się z widoczną prędkością. Znam tylko jedną osobę, która kocha motocykle tak samo jak ja. Maximilian.
Ale czy on byłby zdolny do podpalenia lasu?
Rzuciłam się biegiem w stronę szałasu i natychmiast szukałam wzrokiem blond włosów i bursztynowych oczu. Między konarami drzew dojrzałam zamiast tego, czarne włosy jak pióra kruka. Były pochylone, jakby osoba opierała na czymś lub na kimś głowę.
-Emily?!- krzyknęłam i dałam susa.
To co ujrzałam było potworne. Potworne? Nie. Tragiczne, bezduszne, straszne, okrutne.
Zobaczyłam moją przyjaciółkę Zoe. Normalnie na jej widok bym się ucieszyła, gdyby nie fakt, że jej usta były przyklejone do warg Maxa. Siedzieli wtuleni w siebie, a chłopak dodatkowo obejmował ją ramieniem. Wyglądali jak młodzi małżonkowie w podróży poślubnej.
Miejsce w którym powinno się znajdować serce, zabolało.
Czy ja wtedy myślałam? Nie, wyłączyłam wszystkie szare komórki mojego mózgu i pozostawiwszy siebie w stanie przedzawałowym, sięgnęłam po pistolet. Mierząc w Maxa, czułam jak łzy spływają mi po policzkach.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (7) ›
 

 
Płakałam. Krzyczałam tak głośno, że aż ptaki, które śpiewały, przestały i zaczęły wykręcać swoje małe główki by móc zobaczyć moją nieustającą rozpacz. Z tyłu dobiegał płacz Zoe, została sama. Jej jedyny brat umarł. I nie mogła spędzić tych ostatnich chwil z nim, odstąpiła je mnie, ale na pewno ich pożegnanie było równie smutne jak moje.
Jeszcze raz głośno krzyknęłam, wtedy wszystkie te ptaki odleciały i zostawiły mnie samą w tym ogromnym lesie, wraz z nieżywym Felixem na moich kolanach. Zaczęłam gładzić jego włosy, przeczesywać je palcami.
Felix, zawalcz jeszcze raz. Ostatni raz. Dla mnie. Dla Zoe.
-Dlaczego mnie zostawiłeś? – Pytałam jego zimną twarz.
-Nie poradzę sobie bez ciebie. Wtedy w lesie powinieneś ratować siebie, nie mnie! Nie zasłużyłam na to. Twoje życie jest o wiele bardziej cenniejsze od mojego. Proszę, Felix. Już mi ciebie brakuje. Nie przeżyje tego. – Pochyliłam się i pocałowałam go w czoło, łzy kapały na jego zamknięte oczy.
-Zawalcz, po raz ostatni. – Szepnęłam.
-W takim razie, ja zawalczę za ciebie. Doprowadzę ten bój do końca – wydukałam, przez narastające łzy.
***
Zoe mówiła, że ostatnią wolą Felixa był spoczynek koło domku na drzewie, gdzie wcześniej mnie zaprowadził. Niestety został spalony, ogień rozprzestrzenił się aż tam, poza tym nie byłam gotowa, aby tam pójść. Ten domek na drzewie zostanie w moich wspomnieniach, jako najpiękniejsza noc w moim życiu, z Felixem, jedyna i ostatnia.
Zostanie pochowany tutaj, w tym samym miejscu gdzie każdy go pożegnał. Zapamiętałam to miejsce bardzo dokładnie.
Kiedy jego ciało miało zostać wrzucone do dołu, który został wykopany przez Maxa i Toniego, postanowiłam podejść i po raz ostatni ucałować ukochanego. Nie kryłam już uczuć przy Maximilianie. Moją prawdziwą i jedyną miłością jest Felix.
Jego usta były bardzo zimne, niczym kostki lodu. Nagle chłód przeszył każdy centymetr mojego ciała. Ostatni raz ujęłam jego twarz w dłonie i szepnęłam:
-Na zawsze. Zawsze będę cię kochać.
Położyliśmy ciało chłopaka do dołu. Symbolicznie każdy z nas chwycił garść ziemi i rzucił na niego, ale moja zmieszała się z łzami i powstało błoto. Postanowiłam zakopać go sama, swoimi dłońmi. Te dłonie go dotykały; te dłonie go pochowają.
Każdy kolejny ruch wykonywałam jak maszyna. Przestałam myśleć nad czymkolwiek. Czy tak zachowuje się człowiek w żałobie? Chyba tak.
Wtedy poczułam dotyk dłoni na moim ramieniu. To był Max. Jego blond kosmyki upadały w nieładzie na surowe rysy twarzy, ale oczy wyrażały, co innego. Smutek. Żal. Strach. Cierpienie. Ból.
Co, jak co, ale go to się tu najmniej spodziewałam.
Bez słowa zaczął mi pomagać. W milczeniu grzebaliśmy kolegę.
Później doszedł Tony wraz z Emily. Obejrzałam się i zobaczyłam Zoe siedzącą na kłodzie i ukrywającej twarz w dłoniach. Jej ruch ramion wskazywał na płacz. Ten widok mnie dobił jeszcze bardziej, bo w tym całym zgiełku spraw kompletnie o niej zapomniałam. Przecież to był jej brat! Nie miała nikogo, a ich rodzice. Felix mi kiedyś o nich wspominał. W skrócie nie są za przyjaźni. Alkoholicy.
Pewnie już nie żyją, ten płyn żniwo zabiera szybko i bezboleśnie, bo wcześniej wytrąca w ludziach jakiekolwiek emocje.
Zagarnęłam ręką ogromną ilość ziemi i odeszłam od pochówku. Ruszyłam w stronę dziewczyny, ale zdawała się nie zauważać mojej obecności.
-Zoe.. – Szepnęłam obejmując ją ramieniem.
Ale ona nic nie odpowiedziała, tylko mocno się do mnie przytuliła. Myślałam, że moje wnętrzności już pękają, ale one uległy zniszczeniu w momencie śmierci Felixa. Wielka bomba wybuchła pozostawiając niewyobrażalne szkody dla człowieka. Siedzieliśmy tak w uścisku dopóty, dopóki nie zaczęło padać. Jeszcze tego brakowało.
W strugach deszczu człowiek potrafi przemyśleć wiele ważnych dla niego spraw. I nie chodzi to o kupno samochodu, czy wzięcie kolejnego kredytu, którego i tak nie będzie się mogło spłacić.
Postanowiłam walczyć za Felixa, bo on swoją walkę przegrał. Mogę przegrać bitwę, ale wygram wojnę. Nie zostawię jego śmierci na próżno. Ten, kto wzniecił ogień zapłaci za to. Zapłaci swoją własną krwią. Oko za oko. Życie za życie.
  • awatar ♥Żуנę ѕιę туℓкσ яαz♥: Już dawno rozdział przeczytany przeze mnie nie wzbudził u mnie tylu emocji! To nie lada wyczyn jeśli chodzi o mnie i moją biopolarność ;)Najbardziej jednak w tym rozdziale podoba mi się końcówka. Oznacza to że zamierza go pomścić i dobrze też bym tak zrobiła na jej miejscu. Teraz nie zostało mi nic innego jak czekanie na następny rozdział <3
  • awatar ✝ ѕateenkaari ♥: I o mały włos się nie rozmazałam.. :( Smutne :(
  • awatar Natuśka.a: Świetny blog. Pisz dalej. Chetnie poczytam. :)
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (13) ›
 

 
Pochłonęła mnie ciemność. Otworzyłam oczy i usłyszałam jakieś przyciszone rozmowy. Leżałam na trawie, otoczona przyjaciółmi. Wpatrywali się we mnie jak sępy czyhające na ofiarę.
Przemierzałam wzrokiem po ich brudnych od sadzy twarzach. Ciemne oczy i czarne włosy Zoe, wraz z umorusaną twarzą wyglądała jakby była modelką do jakiejś sesji górniczej. Siedziała obok Toniego, który był chyba najczystszy z nas wszystkich. Emily starała się powyciągać w miarę wszystkie gałązki sterczące z jej czarnych włosów. Pod oczami miała dwie smugi, które bardzo wyróżniały się na brudnej twarzy. Płakała, a łzami zmyła kurz.
Zaraz obok mnie siedział blondyn o bursztynowych oczach. Miał najbardziej umorusaną twarz z nas wszystkich i najbardziej podpalone ubranie, jakie dotychczas widziałam. Cieszyłam się, że mimo tego nic mu nie jest.
Obok nas ktoś leżał. Miał znajomą mi czerwoną koszulę w kratę, która była brudna i dziurawa. Dłonie miał poczerniałe, jakby spalone, zupełnie jak kartka papieru o kolorze węgla. Wbiłam paznokcie w suche liście, na których siedziałam.
Felix.
Nie mdlej, powtarzałam sobie w duchu. Spojrzałam na pozostałych, przestali się uśmiechać. Wtedy ruszyłam w stronę rannego, ale Zoe rzuciła się na mnie i mocno chwyciła przegub, aż pobielały jej kostki.
-Najpierw muszę ci coś powiedzieć. Z Felixem nie jest za dobrze, boję się o niego. – Stłumiła płacz, – Ale nie chce iść do szpitala, zresztą najbliższa pomoc jest dwie godziny drogi stąd i to jeszcze samochodem! Nie damy rady tam dotrzeć.
-Jak to? Ale dlaczego on jest w takim stanie? Przecież był blisko mnie, a mi nic nie jest! – Próbowałam nie krzyczeć.
-Nic nie pamiętasz? Osłonił cię swoim ciałem i kiedy zemdlałaś przykrył twoją twarz tą peleryną, abyś nie nawdychała się dymu. Ledwo uszliście z życiem. On tak bardzo cię kocha, Amy. – Załkała.
Nie wiedziałam, co zrobić. A co miałam? Przytuliłam ją mocno z całych sił i wbijałam paznokcie w jej ramiona, ona zrobiła tak samo. Przez jakiś czas słyszałam tylko jej ciche płakanie i uczucie zimna na prawym ramieniu. Płacz, dziecino, płacz.
W pewnym momencie nie wytrzymałam i sama zaczęłam beczeć jak dziecko. Tyle, że to nie był płacz o jakąś błahostkę jak kupno zabawki. To był płacz o życie. Błagałam o szansę dla Felixa. Wyrwałam się z kleszczego uścisku Zoe i ruszyłam ku niemu.
Zmieniam zdanie. Najbrudniejszy był właśnie Felix, a nie Max.
Max przy nim wyglądał jak niezmyty kolorowy paznokieć. Czarną rękę miał opartą na brzuchu a drugą leżącą bezwładnie wzdłuż ciała. Miał na niej ranę tak paskudną, że aż nie będą wam jej opisywać, bo sama powstrzymywałam torsje. Może jeszcze są szanse!
-Am-m-my Cho-o-oise – powiedział przedłużając litery, tak samo jak tamtej nocy w domku na drzewie. Usiadłam koło niego.
Moje łzy spływały na jego czarną dłoń.
- Już myślałem, że się nie obudzisz. Czekałem. Chciałem się pożegnać – dodał, wycierając łzy z mojej twarzy i zmywając brud, tą czarną ręką.
-Nie mów tak. – Zaprotestowałam.
„Nie odchodź” – dodałam w duszy, ale gula w gardle mi przeszkodziła.
-A jak mam mówić, Amy? – Spytał z wydechem, był wyraźnie zmęczony.
-Boję się, Amy. Boję się śmierci, Amy. Tak bardzo się boję – załkał i lekko przekręcił się na bok, bliżej mnie. Wtulił się w rękaw, a ja delikatnie oparłam jego głowę na moich udach. Przeczesywałam mu włosy dłońmi. Miał je takie piękne.
-Nie chcę cię opuszczać, Amy. Zostaniesz ze mną, kiedy to się skończy? – Spytał.
Jak on mógł wypowiadać takie słowa?!
-Nie móóó…
-Cii – przerwał mi, dotykając wskazującym palcem moich ust.
-Zostanę – załkałam.
-Nie poradzę sobie bez ciebie, Felix. – Szepnęłam.
Kolejne łzy kapały na koszulę i zostawiały ciemne ślady.
-Poradzisz, wierzę w ciebie. Chcę abyś była szczęśliwa. Z nim. To dobry chłopak, zależy mu na tobie, a ja będę Cię strzegł z góry, zawsze, kiedy zobaczysz spadającą gwiazdę pomyśl o mnie. To będę ja, będę patrzeć na ciebie – Dodał wskazując brodą na Maxa, który kazał wszystkim zostawić nas w spokoju i zacząć zbierać drewno.
Dojrzałam, że każdy z nich płacze. Nawet Max i Tony.
-Oni się ze mną już pożegnali. Pora na ciebie. – Zauważył lekko się uśmiechając.
-Nie mogę, Felix. Nie mogę – załkałam.
-Zostań tu ze mną, Amy. Boję się. – Prosił.
Położyłam się obok niego i powoli patrzeliśmy na niebo, które stopniowo ciemniało i gwiazdy pojawiały się między konarami drzew. Księżyc i gwiazdy. Nie. Felix, proszę. Walcz.
-Mów do mnie, proszę. – Wycedził.
-Dobrze – odparłam i zaczęłam przemyślać, co mogę mu powiedzieć w takiej chwili.
-Kiedy cię poznałam, byłeś dupkiem.
Zaśmiał się, ale w jego głosie słychać było narastający ból.
-Teraz nie jestem? – Spytał.
-Nie, raczej nie. – Odparłam. – Byłeś dla mnie taki miły, przekonałeś tych ludzi, aby mnie zaakceptowali. I po kilku słowach, zaczęli być dla sympatyczni, mało tego, traktowali mnie, jako równą sobie. Zupełnie jakbym była tutaj od bardzo dawna. Pamiętasz poprzednią noc? Kiedy zabrałeś mnie do domku na drzewie? Jak świeciły lampki? Jak bardzo było miło? Za to cie uwielbiam, Felix. Za twoją niewiarygodną prostotę i skromność, bo nigdy od nikogo niczego nie wymagałeś. Nigdy nikogo nie obciążałeś zadaniami, których nie był w stanie wypełnić. Jesteś wspaniały, Felix. Nikt mi ciebie nie zastąpi. Kocham Cię, Felix. Nawet nie wiesz jak bardzo.
Właśnie ujrzałam spadającą gwiazdę.
-Wiem, moja droga, Amy. Wiem. – Odparł i to były jego ostatnie słowa.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (14) ›
 

 
Leżał obok mnie. W domku na drzewie. O piątej w nocy. Na stercie poduszek.
Spojrzałam w jego piękne czarne oczy, zaczęłam uważać go za bardzo przystojnego mężczyznę. Wcześniej traktowałam go, jako przyjaciela równego sobie, był dla mnie oparciem i zawsze potrafił mnie wysłuchać nawet w trudnej sytuacji. To on przekonał ludzi żeby mnie zaakceptowali, przemówił w moim imieniu, lecz dopiero po kilku dniach dało to efekt, mimo to doceniłam jego starania. Zrobił to na prośbę swojej siostry – Zoe, która jest strasznie do niego podobna. Pamiętam jak brunetka próbowała podziurawić mnie swoim sztyletem, ale nie przemyślała, że miałam przy sobie dwa pistolety, które były nabite. Właśnie, glocki. Kompletnie o nich zapomniałam. Szybko złapałam się za biodro i odetchnęłam z ulgą. Broń i dwa sztylety bezpiecznie wisiały przy moim pasku.
-Dlaczego zawsze musisz to mieć przy sobie? – Odparł, lekko dotykając pistoletu.
-Czuję się bezpieczniejsza – zauważyłam, co było szczerą prawdą.
-Nie jesteś przy mnie bezpieczna? – Spytał opierając się na łokciu.
-Nie, Felix. To nie tak. Po prostu wiem, że mogę się obronić – zaraz ugryzłam się w język.
-Mógłbym cię zaatakować? – Powiedział głośniej.
W jego głosie słyszałam przerażenie, widać było, że sprawiłam mu wielki zawód. Nie ucieszyło mnie to.
Wstałam i otrzepałam spodnie. Chłopak posmutniał, ale nic nie odpowiedział. Zaakceptował, że chciałam już iść. Nie odzywaliśmy się do siebie, szliśmy w przerażającej ciszy i słyszałam tylko jak peleryna ociera się o krzaki i mech.
Właśnie wschodziło słońce, którego promienie próbowały przebić się przez korony drzew. Otaczał nas śpiew ptaków, które próbowały a nami nadążyć lecąc z jednej gałęzi na drugą. Uśmiechnęłam się, kiedy zobaczyłam małego niebieskiego ptaszka, który wlepiał we mnie wzrok i pięknie śpiewał.
Nie chciałam stąd odchodzić, ale musiałam. Musiałam odnaleźć zabójcę mojej matki i pozostałych członków bandy. Przy ognisku siedzieli prawie wszyscy obozowicze i zajadali się przysmakiem przyrządzonym przez siostrę Felixa – piekielnie dobrze zaradną Zoe.
W tym momencie zaczęłam się dziwić, czemu taka dziewczyna jak ona jeszcze nikogo nie poznała, kto by jej się spodobał.
Chyba, że mi nie powiedziała.
Usiedliśmy i zaraz podeszła do nas brunetka z dwoma porcjami ryby zawiniętej w duże liście. Standardowy posiłek w takich warunkach. Delikatnie rozwijając zieleninę, tak, aby się nie poparzyć usłyszałam jak Zoe próbuje wydusić z nas informacje, co robiliśmy tej nocy.
-Gdzie byliście? Co robiliście? Ktoś jeszcze z wami był?
-Za duso pitan Zoe – odparł chłopak z buzią pełną kawałków ryby.
-To nasza tajemnica – dodał połykając.
-Ach tak! Już wiem, gdzie byliście. – Oznajmiła z taką miną jakby właśnie wygrała na loterii.
-Tu byliście! Tutaj! Że ja was nie widziałam – dodała rozmyślając i wbijając wzrok w pustą przestrzeń za nami.
Nagle krzyknęła, ale nie tak jakby zobaczyła mysz przebiegającą po Kostach. Ten wrzask był inny. Rozdzierał moje uszy a bębenki błagały o litość.
Gwałtownie się odwróciłam i zobaczyłam Maximiliana. Stał za drzewem i bacznie się nam przyglądał, wyglądał jak małe dziecko, które podglądało rodziców w sypialni.
-Max! Stało się coś?! – Spytałam i nagle poczułam dziesiątki par oczu wbitych w moje plecy okryte ciemną jak noc peleryną.
Ale on tylko głęboko odetchnął. Lekko poruszył wargami jakby chciał coś powiedzieć, ale tylko pokazał palcem coś, co było ponad moją głową.
Odwróciłam się.
Przeraźliwy krzyk przewiercał moje gardło niczym świder ścianę i jedyne, co wtedy pamiętam to, to, że między szybkimi i płytkimi oddechami wrzeszczałam do pozostałych:
-UCIEKAJCIE!!!
Potężna ściana ognia sunęła prosto na mnie. Paliły się drzewa i słychać było to charakterystyczne skrzypienie drewna rozdzieranego przez czerwone i złote płomienie. Ogromne jęzory ognia pochłaniały wszystko, co stało na drodze. Wszyscy rzucili się do ucieczki, ale niektórzy wyciągnęli noże, zupełnie jakby chcieli walczyć z żywiołem.
Pamiętam jeszcze silną rękę, jaka ciągnęła mnie z dala od śmiertelnego ciepła.
I pelerynę, która stawała się coraz cięższa.
I mech pod stopami.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (12) ›
 

 
A potem cały las przechylił się, a wyraz twarzy Max zmienił
się. Ostatnią rzeczą, którą poczułam, były ramiona blondyna
powstrzymujące mnie przed upadkiem na ziemię.
Moje powieki jarzyły się różem i wtedy zaczęłam powoli otwierać oczy. Powitało mnie światło latarki i znajoma twarz. Natychmiast zaczęłam się szamotać i rzucać się na wszystkie strony.
-Uspokój się. To ja, Felix – usłyszałam jego melodyjny i dźwięczny głos.
Złapał mnie za rękę i mocno przycisnął do materiału hamaka. Miałam do niego tyle pytań, na które tylko on znał odpowiedź. Dlaczego wtedy odszedłeś? Nie pożegnałeś się ze mną. Dlaczego tak nagle się pojawiasz? Dlaczego kiedy cię potrzebuje, znikasz? Dlaczego…
-Szybko, wstawaj. Idziemy się przejść – szepnął, przerywając moje rozmyślania.
Zgasło światło i pochłonęła mnie ciemność, a jedyne, co czułam to dłoń Felixa, która bardzo mocno trzyma moją. Czarna peleryna ocierała się o gałęzie, konary i trawę. Rano, na pewno poznają, że gdzieś byłam.
Kiedy tak szliśmy kilka minut, wpatrywałam się, co jakiś czas w gwiazdy, które migotały między konarami drzew. Były piękne i kiedy pomyślałam, że w dzieciństwie bałam się ciemności ogarnął mnie śmiech.
Za bardzo kochałam gwiazdy, aby obawiać się nocy.
Pamiętam, jak zawsze w nocy zapalałam małą lampkę i siedząc na parapecie starałam się wypatrzeć jakąś zabłąkaną gwiazdkę. Niestety w dużym mieście, takim jak Nowy Jork, to po prostu niemożliwe.
-To tutaj – odparł i zapalił latarkę.
Brutalnie wyrwał mnie z rozmyślań, ale kiedy zobaczyłam to miejsce nie miałam mu tego za złe. To było coś zupełnie innego niż Obóz z Hamaków.
Na wielkim drzewie, był ogromny drewniany domek. Prowadziła do niego drabina, która była przykryta liśćmi. Przypominał mi statek z tego powodu, że miał tarasy wokół ścian a na samej górze była cudowna wieżyczka z milionem detali. Na jej czubku była rzeźba aniołka a i oknie paliło się światło. Koniuszki dachu i barierki były obwiązane lampkami, co dawało cudowną poświatę. Domek zdawał się był nałożony na drzewo i mieć tylko powycinane otwory na gałęzie.
-I nie mów mi teraz, że masz lęk wysokości – rzucił Felix, wygrzebując drabinę spod liści.
Postawił ją i czubek włożył do ogromnej dziury, jaka prowadziła do domku. Kiedy już doszedł do wniosku, że jest dobrze przymocowana, ruchem ręki sugerował abym to ja pierwsza weszła.
Wtedy byłam już prawie w domku, kiedy Felix sam zaczął wchodzić na drabinę. Szybko dałam susa do środka i starałam się trzymać czubki drewna aby chłopak mógł spokojnie wejść, ale kiedy był już przy mnie, położył swoje dłonie na moich i wszedł o jednej szczebel wyżej. Chciałam się ruszyć, dać mu miejsce by mógł wejść do środka. Odchyliłam się lekko, ale wtedy pocałował mnie.
Tak, pocałował.
Jego usta były miękkie, a sam pocałunek bardzo przyjemny, zupełnie inny niż z Maxymilianem. Zaczęłam się bać, czy aby Max nie pomyśli sobie, że jestem z nim tylko dla odnalezienia mojej matki, która i tak nie żyje.
Nawet nie wiem, czy to ma jakiś sens. A ma? Szukanie martwej matki, jedynej osoby, która mnie kochała. Mimo alkoholizmu, potrafiła być dobrą matką, ale tylko wtedy kiedy była w miarę trzeźwa. Czyli nigdy.
Zanim się obejrzałam wylądowałam na poduszkach obok Felixa, choć w moich myślach był Maxem.
Max. Max. Max.
Stop! Ty durny mózgu.
Max. Max. Felix. Max.
Zakoduj sobie wreszcie kto jest kim!
Mózg w parszywy sposób robił sobie ze mnie żarty. Bezczelnie.
-Amy, wszystko w porządku? - spytał chłopak.
-Eee… Tak, tak. – odparłam.
Było tutaj brudno i widać, że ktoś od dawna nie sprzątał, lub po prostu tu nie zaglądał. Siedzieliśmy przy samej ścianie, przy oknie, a naprzeciwko nas było coś co miało przypominać kominek. Kominek w domku na drzewie? Najwyraźniej służyło to miejsce dla dzieci. Na deskach był namalowany komin i nad nim napis:
OGNIA OGNIEM NIE ZGASISZ
Uznałam, że to bardzo ładne miejsce, mimo brudu i niewiarygodnego kurzu. Paliła się latarka Felixa i małe lampeczki w rogach, wisiały na gwoździach ( i w rogach malowidła kominka), ale mimo to nadal było dość ciemno.
-Dlaczego mnie tutaj przyprowadziłeś? – rzekłam, układając się na stercie poduszek.
-A jak myślisz? – spytał z uśmiechem, jakbym miała wiedzieć o tym on mówi. – Te poduszki są bardzo wygodne – zauważył.
Chwyciłam poszewkę jednej z nich i natychmiast rzuciłam mu w twarz. Był bardzo zaskoczony, ale nadal się uśmiechał. W mgnieniu oka dostałam rewanż. Pióra z poduszek zaczęły tańczyć w powietrzu a ja pierwszy raz od wielu tygodni zaczęłam się śmiać.
-Jesteś piękna jak się uśmiechasz – mruknął, kiedy po raz enty dostał poduszką.
-Słyszałam lepsze teksty – burknęłam przez śmiech.
-Osz ty! – zawołał i powalił mnie na ziemie.
Opierał się na rękach, kiedy ja onieśmielona leżałam na podłodze. Jego oczy mimo małej ilości światła błyszczały a brązowe włosy opadały na twarz. Uśmiechnął się. Dlaczego musi odejść?
Znowu mnie pocałował, a mózg po raz kolejny zaczął wariować.
Max. Max. Max. Felix?!. Felix. Felix.
-Amy – szepnął.
Minęła chwila ciszy. W końcu odwrócił się i upadł na stos poduszek, co wywołało burzę piór.
 

 
Zamarłam. Spojrzałam się na innych, którzy stali wokół ogniska i bacznie się nam przyglądali. Zoe wtulona w brata coś mówiła, ale on stał jak słup soli i nawet nie mrugnął. On nie może odejść! Nie może!, krzyczał głos w mojej słowie i dopiero po chwili zadałam sobie sprawę, że to ja.
-Kochasz go? – Spytała Naomi, wyrywając mnie z transu.
Spojrzałam na nią, a ona z uśmiechem zaczęła gładzić mnie po wytatuowanej dłoni.
-Miłość jest silniejsza niż przeznaczenie.
Czyżby wiedziała, co czuję bardziej niż ja sama?
Wstała. Głęboko odetchnęła, jakby właśnie przebiegła maraton. Zaczęła zdejmować ciemną pelerynę i z uśmiechem założyła mi ją na ramiona. Była ciężka, zrobiona z grubego, ale ciepłego materiału. Przypominała mi koc, w jaki okrywała się Emily tamtego dnia na tarasie, trzymając kubek pełen łez. Poczułam ukłucie w sercu, tak było za każdym razem, gdy o nich myślałam. Chciałam się wycofać, ale blondynka złapała mnie mocno za ramię. Uśmiechnęła się i zaprowadziła mnie głębiej w las.
***
Dla Naomi całe życie obracało się wokół bezustannej walki o przetrwanie. Nie dziwiłam się jej, mówiła, że była wychowywana przez poprzedniego przywódcę, który cenił umiejętność strzelania z łuku, czy perfekcyjnego rzucania sztyletem.
Pewnego wietrznego dnia, kiedy to wieczorem miałam wybrać swojego pomocnika, jednocześnie recytując regułkę o szlachetności magicznego wodospadu, ( co według mnie ograniczało się do jedynie do wściekłego rzucania kamieniami w taflę wody) i wygnaniu poprzedniego pomocnika, czyli Felixa, był nim dla Naomi.
Zbliżała się jesień. Kolorowe liście z gracją spadały na ziemie, wcześniej wykonując piękny taniec przy pieśni, jaką musiałam grać na harmonijce. Blondynka dała mi ją, jako prezent z okazji szkolenia. Wyjątkowo głupia okazja, nieprawdaż? Kobieta chwyciła sztylet, ostre srebrne ostrze, bez klasycznej drewnianej rękojeści. Wyjaśniła mi, że miejsce do trzymania noża jest wyszlifowane i krawędzie nie zrobią mi krzywdy, ale wystarczyło, aby ostrzem dotknęła swojego nadgarstka a krew pojawiła się natychmiast. Spojrzałam na ranę, była płytka, ale skóra wyglądała jakby była potraktowana bardzo ostrym nożem, to nie przypominało mi zwykłego zacięcia przy goleniu, czy krojeniu marchewki.
-Złap sztylet tak jak ja – rozkazała, trzymała go tak, jakby był gałązką, aż pobielały jej koski.
Natychmiast usłyszałam świst powietrza i w mgnieniu oka, nóż znalazł się w korze drzewa, stojącego, co najmniej dziesięć metrów od nas. Przestałam oddychać, powietrze wypełniło płuca, nie dawałam mu stamtąd wyjść, przynajmniej nie teraz.
-Teraz twoja kolej – powiedziała z uśmiechem podając mi jeden z noży wiszących na pasku przy jej biodrze.
Nadal nie oddycham.
Łapię nóż tak jak kazała.
Rzucam.
Zamykam oczy. Nie trafiam. Usłyszałam świst i dwa uderzenia. Ostrze wylądowało niecałe dwa metry ode mnie. Najwyraźniej odbiło się od ziemi, co Naomi przypieczętowała zaskoczoną miną.
Powietrze wydostało się z moich płuc, które zdawały mi się kurczyć.
-Nie sądziłam, że jesteś aż tak beznadziejna – burknęła.
-A ja nie sądziłam, że będziesz mi kazała robić takie rzeczy – mruknęłam.
Ruszyłam ku sztyletowi, który leżał na ziemi i następnie podeszłam do drzewa, z którego sterczał nóż wbity przez Naomi. Mocno go pociągnęłam i poczułam jak mocno jest wbity. Dopiero po kilku próbach udało mi się go wyciągnąć. Stanęłam przed kreską stworzoną z ogromnego kija, jakiego przytargała wcześniej blondynka. Tym razem postanowiłam przypomnieć sobie jak Ojciec trzymał nóż, kiedy stał samotnie na wielkim trawniku przy tarasie i celował w odległy pień drzewa. Miałam wtedy niecałe osiem lat, a od dopiero dwóch była to dla mnie nowa rodzina i starałam się ich wszystkich poznać na swój sposób, czyli śledzenie i analizowanie każdego ruchu.
Pamiętam jak drżałam za każdym razem, kiedy wiatr przeszywał moje gołe łydki i jak starałam się utrzymać sukieneczkę na właściwym miejscu. Wydawało się, że Ojciec wcale nie czuł tego chłodu, wręcz przeciwnie, wyglądało jakby czerpał siłę z wiatru. Jego długie czarne włosy, które później stały się krótkie, siwe i często wypadały, powiewały na wietrze. Byłam zauroczona jego postawą, ale jednocześnie odczuwałam do niego spory dystans, szczerze… bałam się go.
Stał twardo na ziemi i widziałam jak raz, co raz unoszą się jego ramiona, jakby dyszał. Właśnie wtedy zamarłam. Uniósł dłoń, w której błyszczał sztylet. W ciągu ułamka sekundy odwrócił się na pięcie i rzucił ostrzem prosto w moim kierunku. Nóż wbił się w kolumnę, za jaką stałam. Zmierzył mnie wzrokiem i nakrzyczał, ale dopiero teraz uświadomiłam sobie, jaki był zdolny w dziedzinie rzucania ostrzami. Stał z odległości, co najmniej pięćdziesięciu metrów i wycelował w małą drewnianą kolumnę, która z tej odległości mogła zlać się z moimi włosami. Mimo to rzucił.
  • awatar Estar siempre conmigo ♥: jakie fajne opowiadanie;d Ooo jaki gif<3 Wpadniesz na mój blog i skomentujesz coś?:) *A zwłaszcza najnowszy wpis?* Będę bardzo wdzięczna:* ♥ P.S . Świetny bloog♥
  • awatar A weź spójrz na mnie z sercem: Przeczytałam całego twojgo bloga jest zajebisty :** zapraszam do mnie i czekam na dalsze posty :)
  • awatar arrosa ♥: Właśnie niech se rządzi, ale gdzie indziej :/
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (14) ›
 

 
Zmierzyła mnie wzrokiem i czułam, że Zoe bardzo chciałaby mnie uderzyć w twarz za takie zachowanie. Po tym jak podeszłam, do Naomi, kobiety, która wzbudza ogromny strach wśród obozowiczów jak u samego ich przywódcy, czyli Felixa, wyciągnęłam ku niej swoją dłoń oblepioną tatuażem. Uśmiechnęła się, ale nie był to miły uśmiech, wyczułam, że sama jest przerażona, mimo że całą grupę mocno trzymała w garści. Zapragnęłam być taka jak ona, silna, piękna i stanowcza, by każdy miał do mnie szacunek i obłapiał zaufaniem.
Zaczęła podziwiać mój tatuaż, nic nie było by w tym dziwnego, gdy nie fakt, że ona miała taki sam. Dokładnie, taki sam.
Zgadzała się każda linia, każdy kontur czy zakrzywienie. Wszystko było usadzone w takim samym miejscu jak na mojej ręce, a wyglądało to jak kopia dzieła mistrza. Kiedy zauważyła moje przerażenie, podniosła głowę, mogłam spostrzec, że na jej surowej twarzy maluje się zgroza.
Obróciła głowę i spojrzała się na Felixa, on głośno przełknął ślinę i stał cały przerażony, jakby ktoś zabił przed nim jego matkę. Jej świdrujące oczy pobiegły ku Zoe i zmarszczyła brwi na widok jej wypukłej blizny. Brunetka była bardziej opanowana od swojego brata, bo on ewidentnie bał się Naomi. A większy strach wzbudzała jej peleryna, która powiewała na wietrze i kiedy dostrzegłam ciarki na jej bladych, ale silnych dłoniach, zaczęłam uważać, że nosi ją wyłącznie dla dodania sobie pewności siebie u innych mijających ją ludzi. Fakt, wyglądała w niej jak gwiazda z filmu akcji. Niczym z Matrixa.
-Mmmm. Czas porozmawiać, Amy Choise – odparła.
Byłam zdezorientowana, skąd ona znała moje nazwisko, skoro nawet Emily go nie pamięta? Poza tym, tutaj, na Hamakowym Obozie nikt nie pytał się o nie, ba, nawet chcieli abym zmieniła swoje imię.
Pociągnęła mnie za rękę tak mocno, że prawie upadłam na ziemię, ale tylko się potknęłam. Kiedy się podnosiłam rzuciłam zmartwione spojrzenie ku Felixowi i dopiero wtedy, pierwszy raz odkąd tu jestem pomyślałam o Maximilianie.
Nie będę wam teraz o nim opowiadać, po co? Lepiej dokończę, co było potem. A więc kiedy usiadłam na skale obok wodospadu, naprzeciwko mnie usadowiła się Naomi, na ściętej kłodzie jej peleryna ułożyła się jak skrzydła, które bacznie ją strzegły przez zimnem i wychłodzeniem.
-Teraz uważnie mnie posłuchaj. – rozkazała. – Za chwilę pójdziesz tam do nich i oznajmisz, iż jesteś ich nowym przywódcą, tak? … Przestań wzdychać …. Później nauczę cię walczyć, raczej nie wyglądasz na taką co to potrafi. Przekażę ci moją pelerynę i będziesz musiała zawsze ją mieć na sobie. – odparła, opierając łokcie na kolanach i połączywszy opuszki palców u silnych dłoni.
Przełknęłam ślinę.
-Co to ma znaczyć? Opowiedz mi! – wykrzyczałam, nabierając gwałtownie powietrza. Czułam jak stres powoli mnie zżera od środka. Bardzo niemiłe uczucie.
-Kiedyś też się zgubiłam, wtedy inny przywódca pozwolił mi zostać a po inicjacji, kiedy chciałam mieć na dłoni pęki róż, powstało coś takiego! – machała wytatuowaną dłonią jak flagą i patrzyła na nią z odrazą. – Okazało się, że to jakiś dziwny znak dany przez ten przeklęty wodospad – wrzuciła kamyk do wody, który odbił się od tafli wody kilka razy, aż w końcu opadł na dno. – Wygrałeś! Słyszysz, wygrałeś! Ty cholerny, przeklęty, ugh..! – krzyczała, wrzucając garściami kolejne kamyki.
-Ej, spokojnie! – starałam się ją uspokoić, wpatrując się w jej brązowe oczy.
-Przepraszam. Na czym skończyłam? Aaa, już wiem. Tak więc, przyszedł ich naczelny przywódca, postawny facet, w takiej pelerynie. Bałam się go, było to z dwadzieścia lat temu. A byłam wtedy młoda i głupia. Następnie ten facet odszedł, ale najpierw dał mi kilka wskazówek. Słuchaj uważnie. Po pierwsze, ten wodospad wybiera sobie taką osobę tylko trzy razy w ciągu stu lat, więc kiedy przywódca umiera nie mając następcy, po prostu ciąg zanika. Dobrze, że cię wybrał, więcej lat bym nie wytrzymała. Po drugie, wybierzesz sobie swojego pomocnika niezwiązanego w żaden sposób z wodospadem, ale nie może to być Felix, on jest moim pomocnikiem. Kiedy odchodzi przywódca, pomocnik zostaje wygnany.